Jak to się wszystko zaczęło
Historia początków mojej kariery, jako nauczyciela angielskiego
Jak zostałem nauczycielem angielskiego
i dlaczego była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu
Spis treści
1. Matura i wielkie pytanie: kim chcę być?
2. Archeologia, prawo i presja „rozsądnych wyborów”
3. Angielski jako droga najmniejszego oporu
4. Filologia angielska – totalne zanurzenie
5. Pierwsze lekcje i prawdziwa szkoła zawodu
6. Uczenie jako powołanie, nie tylko zawód
7. 30 lat później – czego nauczyło mnie nauczanie angielskiego
Matura i wielkie pytanie: kim chcę być?
Czy wiedzieliście, kim chcecie być, pisząc maturę?
Ja — nie bardzo.
Kończyłem liceum ogólnokształcące. Jak sama nazwa wskazuje, w teorii powinienem móc zająć się „ogólnie wszystkim”. W praktyce jednak wszystkie kierunki, profile i fakultety wydawały mi się trudne, ostateczne i trochę przerażające. Wybór studiów miał zadecydować o całym życiu — a ja nie czułem się na to gotowy.
Archeologia, prawo i presja „rozsądnych wyborów”
Najbardziej pociągała mnie archeologia. Totalnie wciągnęła mnie historia starożytnych cywilizacji, szczególnie Mezopotamii. Problem polegał na tym, że rozsądek — i moi rodzice — podpowiadali mi coś innego. Ten kierunek trudno było „zmonetyzować”, jak mawiałem już wtedy.
Mój tata widział mnie raczej jako prawnika. Trzeba przyznać — było to bardzo logiczne. Polska dopiero podnosiła się po latach socjalizmu, a prawo i przedsiębiorczość wydawały się przepustką do stabilnej przyszłości. Umówił mi nawet coś w rodzaju mentoringu z doświadczonym prawnikiem.
Jego pierwsza rada?
Czytać Życie Warszawy. Codziennie.
Po kilku miesiącach miałem w domu stosy gazet, a w głowie coraz większy niepokój. Perspektywa walki z tysiącami ambitnych, głodnych sukcesu młodych ludzi o jedno miejsce na studiach prawniczych zwyczajnie mnie przerażała. Mówiło się o 17 osobach na jedno miejsce. Ta liczba działała na mnie jak zimny prysznic.
Angielski jako droga najmniejszego oporu
Daniel Kahneman napisał kiedyś, że ludzki mózg instynktownie szuka rozwiązania wymagającego najmniejszego wysiłku. Wiem jedno — mój mózg doskonale się w to wpisywał.
I wtedy pojawiła się myśl:
Filologia angielska.
Angielski był już wtedy moim drugim językiem. Miałem za sobą dłuższe pobyty w Wielkiej Brytanii, swobodnie się komunikowałem i nie miałem wątpliwości, że poradzę sobie na egzaminach wstępnych. Ta decyzja była jak koło ratunkowe rzucone tonącemu. Chwyciłem je bez wahania.
Filologia angielska – totalne zanurzenie
Pierwszy rok studiów był absolutnie magiczny.
Wszystko po angielsku. Historia, kultura, literatura, język. Totalne zanurzenie w świecie języka. Rozkładanie gramatyki na atomy i kwarki. Analizowanie fonemów z precyzją laboranta. Wnikanie w pierwsze zdania klasycznych powieści, jakby były zakodowanymi wiadomościami z przeszłości.
Do tego ludzie — podobni do mnie, a jednocześnie zupełnie różni. Zakręceni na punkcie języka, dyskusji, znaczeń, niuansów. Debaty, spory, rozmowy ciągnące się godzinami. To wtedy zrozumiałem, że język to nie tylko narzędzie, ale sposób myślenia o świecie.
Pierwsze lekcje i prawdziwa szkoła zawodu
Już na pierwszym roku zwróciła na mnie uwagę pani profesor Barbara Pawłowska, współtwórczyni jednej z pierwszych szkół języka angielskiego w Warszawie. Zaprosiła mnie do współpracy — i tak zacząłem uczyć.
To był bezcenny start. Miałem mentorkę z prawdziwego zdarzenia i zespół doświadczonych nauczycieli, od których uczyłem się każdego dnia. W klasie — od uczniów. Poza klasą — od koleżanek i kolegów po fachu.
Pamiętam, jak bardzo przeżywałem:
-
postępy moich uczniów,
-
ich zniechęcenie,
-
momenty, gdy for i since w Present Perfect po prostu nie chciały „zaskoczyć”.
Wieczorami przygotowywałem plany lekcji, tworzyłem ćwiczenia, karty pracy, materiały autorskie. Wciągnąłem się bez reszty.
Uczenie jako powołanie, nie tylko zawód
Uczenie było — i nadal jest — balsamem dla mojej duszy. Zawsze fascynowała mnie praca z ludźmi: obserwowanie ich rozwoju, przełamywanie barier językowych, momenty „aha!”, gdy coś wreszcie staje się jasne.
Dlatego w moich lekcjach angielskiego zawsze było miejsce nie tylko na gramatykę i słownictwo, ale też na:
-
rozmowę,
-
refleksję,
-
kontekst kulturowy,
-
rozwój osobisty.
Bo języka nie da się nauczyć w próżni.
30 lat później – czego nauczyło mnie nauczanie angielskiego
Dziś, po ponad 30 latach pracy jako nauczyciel języka angielskiego, wiem jedno: to była dobra decyzja.
Może zarobiłbym więcej jako prawnik.
Może zbudowałbym dużą firmę jako przedsiębiorca.
Ale satysfakcja z pracy z ludźmi, z towarzyszenia im w rozwoju i odkrywaniu własnych możliwości jest czymś, czego nie da się łatwo przeliczyć na pieniądze.
Dlatego tworzę dziś:
-
autorskie lekcje języka angielskiego,
-
materiały dla dorosłych, profesjonalistów i młodzieży,
-
kursy oparte na prawdziwej komunikacji, doświadczeniu i sensie, a nie tylko na „zaliczaniu poziomów”.
Nie zamieniłbym tej drogi na żadną inną.